Rejs na s/y "North Explorer" a.k.a. "Paliarnik"

Autor: Wojciech Franecki


logo

Spis treści


Granica

Cała historia zaczęła się, gdy pewnego dnia Paweł oznajmił mi, że chce spróbować okrążyć Skandynawie. Jak? - Spytałem się i wykazałem swoją niewiedzą. Okazało się, że rosyjscy dyktatorzy postarali się o połączenie morza Bałtyckiego i Białego kanałem. Bez zastanowienia zgłosiłem się do załogi na etap rosyjski. Nie wiedziałem jeszcze w co się pakuję.

Gdy wsiedliśmy do pociągu, wiadomo było tylko tyle, ze jacht ma na nas czekać w St. Petersburgu. Jak naiwni byliśmy. Już po paru godzinach Paweł (kapitan) otrzymał wiadomość, że nasz jacht jest dopiero na wysokości Kotki (miejscowość w Finlandii), że jest flauta (całkowita cisza, brak wiatru), a co za tym idzie, do ST. Petersburga dotrą co najmniej za 2 dni. Cóż było robić… Dojechaliśmy na granicę; i tu tak naprawdę rozpoczęła się rosyjska przygoda. Białoruś i Rosja mają podpisaną umowę o „otwarciu” granic. Znaczy to tylko tyle, że pomiędzy tymi krajami kontroli granicznych nie ma. Celnicy białoruscy musieli więc nas przetrzepać także za ruskich. Poszedłem na pierwszy ogień, jako że byłem najbliżej. Po okazaniu paszportu z ważną wizą otrzymałem papierek i polecenie szybkiego go wypełnienia. Spoglądam na to, czytam… deklaracja celna. Podpisałem się więc i oddaje pustą. W końcu nie mam nic do oclenia. Oficer tylko na mnie spojrzał i wszedł mi do przedziału.
- Ma pan ubrania ze sobą? – spytał
- Mam.
- No to wpisać. I wartość w dolarach.
Niewiele mówiąc wpisałem. Oficer kontynuował.
- Ma pan plecak?
- Mam…
- To wpisać, i wartość w dolarach. Ma pan aparat?
- Mam.
- To wpisać, i wartość w dolarach. Ma pan telefon komórkowy?
- Mam.
- To wpisać, i wartość w dolarach.
Po jeszcze kilku takich bezsensownych wpisach (2 parę butów także musiałem zgłosić, jako iż buty nie mieszczą się w ubraniach osobistych) odebrał w końcu ode mnie deklaracje celną i dał kolejny świstek papieru. Deklaracja dewizowa.
- Ma pan EURO?
- Mam, ale tylko 20.
- Nieważne, my musimy dokładnie wiedzieć ile i kto do nas przywozi. Wpisać, i wartość w dolarach. Ma pan złotówki?
- Mam, ale tylko jakieś grosze.
- Nieważne, wpisać, i wartość w dolarach. Ma pan dolary?
- Mam.
- To wpisać. Wartość w dolarach może pan pominąć.
Po zgłoszeniu 20 euro, 20 groszy i 1000 dolarów zostałem ostemplowany, jako prawomocny turysta na ziemiach rosyjskich… Jeżeli w ogóle takie słowo jak prawomocny w tamtym rejonie istnieje. Po przetrzepaniu całego wagonu (gdyż tylko jeden wagon jechał do Rosji), i wyrzuceniu z niego regulaminowego odsetka turystów, przetoczyli nas w szczere pole z czterema słupami wystającymi dookoła wagonu. Czekała mnie kolejna niespodzianka. Rosja, jako że jest Rosją, wszystko musi mieć większe i lepsze. To samo tyczy się pociągów, o czym miałem się szybko przekonać. Po parunastu minutach stania w szczerym polu, podszedł do nas jakiś rosyjski kolejarz (dla uproszczenia zrównam Białoruś i Rosję. Mam nadzieję, że będzie mi to wybaczone), strasznie się kryjąc. Podchodzi pod nasze okno, spogląda jeszcze za siebie, by upewnić się, że nikt za nim nie szedł, nagle odchyla płaszcz i mówi do nas…
- A może czeskie piwo?
Usiedliśmy z wrażenia… na to kolejarz tylko spojrzał z wyrzutem, skwitował
- No co… teraz wszystko wszędzie można kupić.
I poszedł dalej. Znowu minęło kilkanaście minut, po których przyszedł kolejny kolejarz. Tym razem jakiś ważniejszy. Poodpinał cos z tych słupów stojących dookoła wagonu, przypiął do wagonu i… podniósł wagon. Wymienili nam koła na ruskie – większe, wymienili nam zaczepy wagonów na ruskie – większe, podpięli lokomotywę ruską – większą i ruskie wagony. Też większe. Wszystko większe lepsze – przynajmniej w założeniu, bo w praktyce… każdy wie. Po kolejnych paru minutach lokomotywa zagwizdała i pociąg ruszył w trasę. O tym jednak w kolejnej części – „Pociągiem przez Rosję”.


Pociągiem przez Rosję

Nasza załoga to osiem osób. Ja, czyli narrator, czyli Wojtek (Saper), kapitan – Paweł, Mietek, Mirek, Tomek, Tomek (mały Tomek), Michał i Marcin. Po opuszczeniu granicy razem z Tomkiem i Marcinem wpadliśmy na wspaniały pomysł – wypróbować rosyjskie piwo. Ruszyliśmy więc w podróż poprzez rosyjskie wagony do rosyjskiego warsu. Nasz wagon to wagon hotelowy. Bardzo wysoki standard. Nawet papier toaletowy jest w ubikacjach a w przedziałach są tylko po trzy łóżka, w dodatku szafa i umywalka (działająca). Wchodzimy do pierwszego wagonu po rosyjskiej stronie barykady. Wagon hotelowy. Ale chwileczkę… takie wagonu u nas nazywają się kuszetkami. Po sześć łóżek na przedział, żadnych wygód. Idziemy dalej. W rządku, gęsiego. Marcin, ja, Tomek. Wchodzimy do następnego wagonu i nagle Marcin stanął jak wryty. Ledwo udało mi się zatrzymać. Niestety Tomek nie wyhamował i w trójkę wpadliśmy do wagonu. Omotała nas słodko mdła woń niemycia się i starych skarpet. Wzięliśmy głęboki wdech w strefie Świerzego powietrza i ruszyliśmy jak najszybciej się dało. Widok powalał z nóg. Wyobraź sobie zwykłego polskiego blaszaka, ale zamiast siedzeń – prycze. Wszędzie. Po cztery na wysokość. Wzdłuż przejścia i w poprzek, symulując przedziały. Idąc pomiędzy ciągle uchylasz się przed zewsząd atakującymi skarpetami, stopami, rękami i innymi bliżej nieokreślonymi, a niekoniecznie przyjemnymi obiektami. Po przejściu sześciu takich wagonów dotarliśmy w końcu do warsu – jeżeli można go tak nazwać. Pusty wagon, z postawionymi kilkoma stolikami i krzesłami. Przy jednym siedzi kasjer – bo kelnerem nazwać go nie można – z kasą a na drugim wystawiony jest cały asortyment. Ponad połowę stolika zajmują wódki, i to też większość gości tego wagonu spożywa. Popatrzyliśmy chwilę i wybraliśmy piwo – Baltika 7. Kasjer spojrzał na nas podejrzliwie, i kazał sobie najpierw zapłacić. Wyciągnęliśmy więc pieniądze i wypłaciliśmy sumkę z lekkim naddatkiem (z braku drobnych). Kasjer wyciągnął trzy puszki wymarzonego przez nas trunku, skasował i zaczął się głowić, jak tu nam wydać resztę…
- Hm… Muszę wam wydać sześć rubli. Ale nie mam sześciu rubli…
Spojrzał po stoliku, poszukał chwilkę, nagle złapał mandarynkę (jedną) zwarzył w ręce i wręczył nam z zadowoleniem mówiąc
- Proszę, sześć rubli
Wróciliśmy do swojego wagonu znowu udając partyzantów przemykających się pomiędzy liniami wroga. Siedząc już wygodnie u siebie, tryumfalnym gestem otworzyliśmy piwo. Pierwszy łyk i… Nagle wszystkim mina zrzedła. Iwo było mdłe, niedobre. Wtedy przyszło olśnienie. Rosja to kraj wódki, nie piwa. Ocalenie i odnalezienie dobrego rosyjskiego piwa miało jednak nadejść niebawem.

Przez Rosję i Białoruś jedzie się dość ciekawie. Z czasem wioski pojawiają się coraz rzadziej. Potem wioski zastąpione zostają peronem stojącym w szczerym polu z nazwą stacji, następnie nie ma już nic. Widoki z okien niesamowite. Dzicz nieskażona ludzką stopą. Gdzieniegdzie widać resztki drugiego toru, który kiedyś zapewne tędy biegł. Teraz to tylko rozniesione po okolicy i tonące w bagnach podkłady i szyny niczym nie przypominające porządnego toru. Podkłady kolejowe to też ciekawa sprawa. Zaraz za granicą były to zwykłe betonowe podkłady. Im dalej w głąb kraju, zaczynały się pojawiać podkłady betonowe z wytłoczoną gwiazdą, z czasem zupełnie zastępując podkłady bez gwiazd. Na osiem godzin przed ST. Petersburgiem, gwiazdy zaczęły być pomalowane na czerwono. Po parunastu godzinach jazdy nasz pociąg stanął na jakiejś większej stacji. Po piętnastu minutach postoju parę osób z naszej załogi postanowiło zwiedzić stacyjkę. A była to dość przytulna, czysta stacyjka, z wielką rosyjską lokomotywą parową stojącą nieopodal głównego budynku. Wesoło wyszli z wagonu, obejrzeli lokomotywę, ruszyli w kierunku budynku głównego na co drogę zagrodził im umundurowany człowiek wyraźnie niezadowolony z tego, że sobie tu chodzą. Nasi wrócili więc do wagonu. Okazało się potem, że na tej stacji kończy się trakcja elektryczna, i zmieniali nam lokomotywę. Po godzinnym postoju ruszyliśmy dalej. Na mniej więcej sześć godzin przed ST. Petersburgiem przestaliśmy mijać wioski. Ludzie przestali się pokazywać. Tylko pustka dookoła. Dzika przyroda. Wyobraź sobie jazdę pociągiem pędzącym sto kilometrów na godzinę przez sześć godzin, i nie mijać ani jednej wioski. Ani jednego domostwa. Ani jednego człowieka. To daje pogląd na przestrzenie, jakie tam są. Nagle, tuż przed Petersburgiem ktoś zauważył peron. Podbiegliśmy zobaczyć co to za stacja i… Polana w lesie, na której postawiono wielki betonowy peron. Wioski brak, a nazwa stacji „21 kilometr”. Usiedliśmy z wrażenia. Chwilę później wjechaliśmy na dworzec główny w ST. Petersburgu i ruszyliśmy w drogę do portu, gdzie nasz jacht na nas nie czekał. Ale o tym w części następnej pod tytułem „Co robią żeglarze w porcie gdy jachtu brak”


Co robią żeglarze w porcie gdy jachtu brak

Dotarliśmy do portu, w którym oczywiście naszego jachtu jeszcze nie było. Stał gdzieś na morzu z niesprawnym silnikiem bez wiatru. Co mogliśmy więc zrobić? Poszliśmy wszyscy z tobołkami do tawerny.

strojenie się do tawerny

Ja, Marcin i Michał wystartowaliśmy pierwsi. Marcin i ja poszliśmy kupować piwo a Michał podziwiał ściany tawerny i zdjęcia na nich wiszące. Nagle stanął nad jednym i zaczął nas wołać. Podeszliśmy, a on wskazał na jedno zdjęcie. Była to fotka z jakiejś imprezy. Pewien człowiek, siedzący przy jednym stoliku odbierał od kelnerki swoje piwo do ręki i jej piersi na głowę. Powędrowaliśmy szybko do kelnerki z pytaniem, kiedy będzie następna taka impreza. Odpowiedziała spokojnie, że pewnie w sobotę. Na co wyrwało się tylko „zostajemy do soboty”. Nie wiedzieliśmy jeszcze, jak prorocze były to słowa. A należałoby nadmienić, że był poniedziałek. Nauczeni doświadczeniem z pociągu wzięliśmy sobie piwo sprawdzone i dobre – heinekena. Już po paru łykach poznaliśmy kapitana portu i udało się załatwić, że nasze tobołki będą sobie leżały gdzieś w zabudowie portowej, a my będziemy mogli spać spokojnie w pobliskiej łodzi wycieczkowej (za drobną opłatą oczywiście). Wieczór minął nam pod znakiem Tawerny Tortuga. Następnego dnia chcieliśmy iść pozwiedzać miasto, więc plan był, że gdy zacznie się ściemniać, idziemy spać. Gdy zaczęło się ściemniać wyszliśmy więc z tawerny (no dobrze… trochę później, gdy było już w miarę ciemno). Sądząc po tym jak jasno było, myśleliśmy że jest gdzieś kolo 23. Ktoś jednak spojrzał na zegarek… druga w nocy. Dopiero wtedy przypomnieliśmy sobie, że to już daleka północ, i tu nigdy naprawdę ciemno się nie robi. Wróciliśmy więc na statek, położyliśmy się na „kanapach” przeżartych ropą i zasnęliśmy. Następnego dnia czekała nas wizyta w St. Petersburgu, ale o tym w następnej części „Rosja, gdzie milicja korzysta z głuchego telefonu”.


Rosja, gdzie milicja korzysta z głuchego telefonu

Do centrum mieliśmy jechać trolejbusem. Mieliśmy szczęście, bo akurat przyjechał; tyle tylko, że mieliśmy obawy przed wejściem do niego. Czemu? Otóż oczom naszym ukazał się pojazd, którego kształtu pierwotnego domyślić się nie było jak. Z karoserii pozostały już tylko słupki pomiędzy oknami oraz dach (w kawałkach). Silnik tego pojazdu trzymał się na... paskach od spodni. Z wielkimi obawami wsiedliśmy więc. Od razu podbiegła do nas bileterka. Pierwszy szok. Kupiliśmy bilety za siedem rubli (znowu zaskoczenie). Na dodatek na trasie trafiliśmy na kontrolę biletów. Podsumowując, kierowca, bileterka, kontrolerzy, i to wszystko w cenie siedmiu rubli. Gdy dojechaliśmy do centrum oczom naszym ukazał się niesamowity widok. Miasto złotem i srebrem płynące – przynajmniej jeżeli chodzi o turystów, ale o tym za chwilę. Staliśmy na jednej stronie Newskiego Prospektu, nasz cel, był po drugiej. Trzeba było przejść na drugą stronę. Na próżno szukać przejścia dla pieszych, a ruch straszny. Ulice w Rosji są bowiem zorganizowane inaczej niż wszędzie. Na ulicy, na której normalnie pomieściły by się cztery pasy ruchu, tu z braku pasów, jeździ w zależności od pory dnia od sześciu do ośmiu. Już pędzę z wyjaśnieniami. Rano, gdy wszyscy jadą do centrum, istnieje sześć pasów do centrum, dwa wyjeżdżają. Za dnia sytuacja się zrównuje, bo są po trzy w obie strony. Wieczorem sytuacja wygląda odwrotnie do porannej. Więc stoimy na tej ulicy i zastanawiamy się jak przejść. Tu z pomocą nam przyszedł dziadek z wnuczkiem, którzy też przez ulicę przejść chcieli. Gdy nagle zrobiło się trochę luźniej, po prostu pędem ruszyli w stronę przeciwległej strony, na chwilę zatrzymując się na środku dla uniknięcia potrącenia. Przez ulicę przebiegałem z duszą na ramieniu, ale dość szybko się przyzwyczaiłem. Teraz już nic nie dzieliło nas od niesamowitego przepychu rosyjskich zabytków.

Przepych rosji

Wystarczy jednak na chwilę zejść z głównych tras turystycznych, a oczom ukazują się rozpadające się budynki trzymające się razem tylko dzięki deskom, którymi ktoś pozbijał kawałki muru.

mroczne tajemnice rosji

Po pewnego rodzaju namiastkę widoków odsyłam do galerii. Tu dodam tylko taki ciekawy widok. Na jednym z dwóch przejść dla pieszych jakie udało nam się znaleźć (notabene pasy dla pieszych są podzielone na pasy ruchu) byłem świadkiem bardzo ciekawej sytuacji. Jednemu kierowcy nie podobało się, że musi czekać na nas, więc ruszył z kopyta i przejechał przez czerwone światło i zatłoczone pasy dla pieszych. W tym momencie zauważyłem milicjanta który szybkim krokiem wyszedł na jezdnię. Obrócił się w stronę chodnika i coś zaczął krzyczeć. Okazało się, że krzyczy do drugiego milicjanta, który stoi pięćdziesiąt metrów dalej. Ten wysłuchawszy krzyków obraca się i krzyczy do kolejnego, znowu pięćdziesiąt metrów dalej. Trzeci po wysłuchaniu biegiem wypadł na jezdnię i ledwo zdążył zatrzymać ów niecierpliwego kierowcę. To jedyna skuteczna forma milicji, jaką w tym mieście udało nam się zaobserwować. Następnego dnia cały dzień czekaliśmy na jacht, który miał się lada chwila znaleźć. Znalazł się… o dziewiątej rano dnia kolejnego. Jedynym sukcesem dnia oczekiwania było odnalezienie naprawdę dobrego rosyjskiego piwa – Newskoje. Zaczęło się naprawianie jachtu i załatwianie pozwoleń. O tym w kolejnej części „Paliarnik a nie Poparnik”.


Paliarnik a nie Poparnik

Pół dnia zajęła wymiana załóg. Razem z 3. oficerem, jako osoba znająca się na silnikach i innych jachtowych instalacjach, wysłuchałem wszystkiego co na jachcie jest nie tak. Gdy się już na jachcie zainstalowaliśmy rozpoczęły się naprawy. Zainstalowanie działającej pompy zęzowej, bo żadna z czterech istniejących nie działa; Nastawienie bloczków do sterociągów (bloczków przenoszących ruchy koła sterowego na ster poprzez zestaw kółek i linkę stalową), ponieważ były tak fatalnie poustawiane, iż zamiast przenosić linkę – cięły ją. Uszczelnienie w miarę możliwości cieknącego pokładu (zadanie okazało się niewykonalne) i na koniec… uruchomienie silnika. Wszystkie powyższe czynności udało się w miarę szybko zrobić. Silnik to jednak zupełnie inna historia. Zaczęło się czyszczenie, rozmontowywanie wszystkiego na co pozwalały warunki gwarancji, przedmuchiwanie przewodów i inne mniej lub bardziej nieprzyjemne czynności. Silnik jednak ciągle wygrywał. Około osiemnastej do walki przyłączył się Paweł. Ja, z wiedzą wspartą instrukcjami i planami, oraz Paweł w roli paskudka, dopytującego się o najdrobniejszy szczegół. Po pół godzinie mieliśmy winnego. Niestety, nasza polska przypadłość i nawyk do poprawiania wszystkiego co jest dobre ukazała się tu w całej krasie. Silnik był tak skonstruowany, że sam pozbywał się powietrza z instalacji chłodzącej. Ktoś jednak wpadł na genialny pomysł, by zainstalować dodatkowo odpowietrznik, na długiej, dwu metrowej rurze. Niestety. Jakoś nie pomyślał o tym, że tak długi przewód znacząco zmniejszy ilość chłodziwa w chłodnicy. Co gorsza, zainstalowany został tak nędzny odpowietrznik, że przy tej prędkości przepływu cieczy działał jak… napowietrznik. Zatkaliśmy więc odpowietrznik, pierwsze testy i… silnik chłodny, chodzi jak marzenie. Po godzinie testowania silnika uznaliśmy że jacht jest sprawny i można załatwiać pozwolenia na żeglugę po Rosji. Tym zajął się Paweł zaraz rano dnia następnego. Gdy wszedł do Głównego Inspektoratu małych Statków, i powiedział po co przyszedł… a zresztą… poczytajcie sami.
- Dzień dobry, chciałem pozwolenie na przejście przez Kanał Bałtycko Białomorski.
- Nie dostaniecie pozwolenia.
- Czemu?
- Bo wam się dwóch członków załogi zmieniło (faktycznie, na parę tygodni przed rejsem dwie osoby z załogi się wykruszyły)
- A to coś zmienia?
- No a co Pan sobie myśli, że my tak możemy nie wiedzieć kto po naszych wodach pływa?
- To może złożę nowy wniosek?
- Proszę bardzo. Za dwa miesiące będzie pozwolenie.
Na szczęście w rozmowa przeniosła się na wyższy szczebel. Naszą sprawą zajął się naczelnik.
- Wiecie. Ja wam chcę pomóc, ale jako polski statek nie przepłyniecie.
To mówiąc wziął wielką księgę przepisów i zaczął wertować strony. Po paru minutach znowu zaczął mówić.
- Zrobimy tak. Ja od waszego armatora ten statek wyczarteruje, uzyskam zgodę na zmianę bandery, przerejestruje jacht na rosyjski i zlecę wam przeprowadzenie mojego jachtu z Petersburga do Białomorska. Wtedy nikt się do was nie przyczepi.

Podczas gdy Paweł załatwiał formalności, na jachcie trwały już przygotowania do zmiany bandery. Naszą nową nazwę „Paliarnik” z powodu mało wyraźnego z daleka kroju pisma oraz małego błędu w pisowni, wszyscy w porcie odczytywali trochę inaczej. W końcu jeden ze znajomych Rosjan podszedł do nas i spytał się czy wiemy cośmy napisali na burcie naszego jachtu. Okazało się, że napis brzmiał „Poparnik” co po rosyjsku znaczy ni mniej ni więcej tylko… dupek. Po załatwieniu ostatnich formalności, jak zmianie wpisu u celników, że to nie jacht polski North Explorer, tyko jacht rosyjski Paliarnik przypłyną do nich, czekała nas ostatnia atrakcja dnia. Położenie masztów na jachcie pełnomorskim. Nie jest to taka prosta sprawa. Zatrudniliśmy dźwig portowy i po godzinie zabawy, kilku blisko krytycznych spotkaniach z dyndającym się masztem udało się maszty położyć i zabezpieczyć. Był piątek. Zdecydowaliśmy się wyruszyć jeszcze tego samego dnia, łamiąc żeglarskie przykazanie – nie zaczyna się rejsu w piątek. Szybko zostaliśmy przywołani do porządku. Ledwo rzuciliśmy cumy, te wkręciły się w śrubę napędową. Powróciliśmy na pomost. Całą noc Paweł, mały tomek i Mirek nurkowali by ściąć cumy z wału napędowego. Sztuka ta udała się dopiero dnia następnego, gdy do pomocy włączyła się pianka do nurkowania i ostry nurkowy nóż. Rejs rozpoczął się więc w sobotę rano. Ruszyliśmy na wyprawę w głąb rosyjskich wód, która miała się już niedługo skończyć dla nas aresztem. Ale o tym w następnej części „Na silniku przez Rosję”.


Na silniku przez Rosję

Wpłynęliśmy na rzekę Newa. Podróż przez ST. Petersburg od strony wody to prawdziwa uczta dla oczu. Wszystko to widziane z lądu,, z wody wygląda jeszcze bardziej majestatycznie. Gdy jednak wypłynęliśmy z centrum, pojawiły się blokowiska, zapadnięte rudery, kominy i brud. Newa posiada bardzo mocny prąd. Momentami dochodzi on do 6-7 węzłów, więc silnik przetestowaliśmy ostro.

nurt newy

W dodatku ten ruch. Co chwila mijał nas wodolot, model „Ruski 1” – strasznie śmierdzący i nie patrzący na innych. Nie można też zapominać o wielkich statkach handlowych, których, zdarzało się, było po 3 - 4 na raz.

Ruski 1

I jak tu się z takimi mijać skoro nie odpowiadają na wołania przez radio? Przez Rosję płynie się pięknie. Wokół piękna przyroda. Aż w sercu ściska, że nie dane jest normalnym śmiertelnikom widywać takich widoków na co dzień. Trzeba tu nadmienić, że na praktycznie całej trasie, z wyjątkiem kilku wyznaczonych miejsc jest zakaz kotwiczenia (czego oni się boją?). Płynąc tak co jakiś czas mijamy jakąś ruderę, co kiedyś była prawdopodobnie jakąś fabryką albo zakładem pracy. Obok zawsze stoi wioska (bardzo wygodnie – w końcu tak blisko), a jej mieszkańcy siedzą na łupinkach na środku rzeki i łowią ryby. Szlaki żeglowne oznakowane są bardzo dobrze. Tu też jednak od razu rzuca się rosyjskie podejście do wartości prywatnej. Jeżeli ktoś miał domek w miejscu, w którym jakiś urzędnik wymyślił sobie nabieżnik albo inny znak szlaku wodnego; w najlepszym razie musiał wybudować wejście do domku z innej strony. Podczas naszej podróży widzieliśmy nawet nabieżnik postawiony na środku… cmentarza. To naprawdę inna cywilizacja. Na Newie mieliśmy pierwszą noc. Jako że silnik pracował cały dzień, a my mieliśmy go już dość, postanowiliśmy stanąć na kotwicy. Moja wachta wypadła akurat na środek kotwicowiska, od północy do czwartej rano. Typowa wachta kotwiczna. Siedzi się w jednym miejscu, co jakiś czas sprawdzając czy kotwica trzyma i czy jacht nie przestawił się w inne miejsce. Tu znowu dały się znać rosyjskie zapędy – wszystko większe lepsze. Rosyjskie komary. Co najmniej 2 razy większe od naszych polskich. A gdy taki się przyssie… naprawdę czujesz jak ssie. Trafiło się też parę gzów, ale te to już czołgi. Trzepnięcie ręką nic nie daje. Odpadnie taki na chwile i znowu atakuje. Dobijasz butem, a ten odlatuje. Niezniszczalne potwory.  O szóstej rano ruszyliśmy dalej. Wpłynęliśmy na jezioro Ładoga. Teraz zrozumiałem dlaczego w Rosji wszystko jest większe. To przecież jezioro, a wielkości naszej zatoki. Płynęliśmy wzdłuż południowego brzegu, czyli krótszego, a i tak podróż zajęła prawie cały dzień. Mieliśmy wielkie szczęście jeżeli chodzi o pogodę. Praktycznie bez wiatru, więc i fal nie było. Było nam to wybitnie na rękę, jako że na pokładzie leżały dwa wielkie maszty ważące kilkaset kilo. Pod koniec dnia wpłynęliśmy na rzekę Świr. Jednak za dużo dobrego ostatnio nam się przytrafiało. Silnik zaczął protestować. Ledwo wpłynęliśmy na rzekę, silnik stanął i już się nie odpalił. Rzuciliśmy kotwicę, i zajęliśmy się silnikiem. 3. oficer, ja i mały Tomek. Po zaledwie dwóch godzinach pozostałem z małym Tomkiem sam. Po kolejnej godzinie i Tomek zrezygnował. Robotę z silnikiem rozpoczęliśmy o dwudziestej. O dwudziestej czwartej byłem już sam. Pierwsze udane odpalenie silnika nastąpiło o godzinie 8 rano. Stałem nad nim ze łzami w oczach. Ile się ropy napiłem, czyszcząc wszystkie przewody, filtry, zmieniając konfigurację przewodów paliwowych. Ile nawdychałem się tych cudownych oparów. Ile wystałem i wymoczyłem się w ropie i zęzie silnikowej. Ale chodził. Stałem tak nad nim pół godziny zanim postanowiłem obudzić kapitana. O godzinie siódmej ruszyliśmy dalej. Nie minęło pół godziny, a silnik znowu zaczął się dławić. Ja nie miałem jednak siły. Do walki ruszył mały Tomek. Rozkręcił bak paliwa, zanurzył się w nim i dokładnie przeczyścił wszystkie zakończenia wlewów, wewnętrzne przewody i odpowietrzniki. Silnik dalej jednak pracował nierówno. Połączyłem więc z Tomkiem siły. Mieliśmy już dość. Skoro paliwa silnik nie ciągnie, przewody są czyściutkie, wlewy też, wszystko aż błyszczy, to znaczy… filtry paliwa tak zapchane, że trzeba je wymienić. Niestety. Armator oprócz wielu, wielu niedoróbek jachtu zapomniał też o częściach zapasowych. Nie mieliśmy ani jednego filtra zamiennego, a śmigiełko pompy wody zaburtowej zaczynało się rozpadać. Zrobiliśmy więc co mogliśmy. Nożyczki i już udrażniać filtry paliwa. Silnik zaskoczył jak marzenie, nie psując się już do końca rejsu a nawet dłużej. Chodzi tak na naszych naprawach pewnie po dziś dzień. Na rzece Świr czekała nas pierwsza śluza. Podpływając znowu wywołujemy ją przez radio. Nikt nie odpowiada. Czy w Rosji nie wiedzą co to radio? Milicja mówi tak, jednak zdrowy rozsądek nakazywał myśleć inaczej. Podpływamy więc do muru śluzy, gdzie kiedyś zapewne istniał jakiś pomost, obecnie wystaje tylko jedna belka a na murze widnieje resztka schodów. Nie zdążyliśmy wyprawić delegacji, gdy podszedł do nas jakiś umundurowany pracownik śluzy. Zaczęło się kombinowanie, co tu zrobić, by nie mieć za dużo problemów.
- Nazwa statku?
- Paliarnik.
- Rejestracja?
- RLA 09-63.
- Nazwisko kapitana?
- Pawel.
W tym momencie spojrzałem na Pawła pytającym wzrokiem. Ten szybko odwrócił się do mnie i wyszeptał. Jak powiem Banaszczyk, to do jutra będę mu literował.
- Po co płyniecie przez śluzę?
Popatrzył na nasz jacht i szybko dodał
- A, pewnie na regaty płyniecie?
Pawłowi zapaliły się oczy jak świeczki.
- Tak, na regaty.
To wystarczyło. Oficer podziękował, wyjaśnił, że wpłynąć mamy z następnym statkiem handlowym i poszedł sobie. Odcumowaliśmy i zaczęliśmy krążyć. Gdy otworzyła się śluza zaniemówiłem. Do tej pory śluza na odrze we Wrocławiu to największa jaką zdarzyło mi się przebywać. Tu otwierał się potwór podobnej długości, jednak o wysokości lekko mówiąc czterdziestu metrów. Wpłynął tankowiec Wołgofłotu, zostawiając nam akurat tyle miejsca byśmy się zmieścili z naszymi masztami wystającymi po parę metrów w każdą stronę. Podpływamy do ściany, zarzucamy cumy i… nagle zaczyna nami rzucać. Nie zdążyliśmy się nawet dobrze zabezpieczyć przy hakach śluzy (jedna z dwóch cum puściła), a wrota były już zamknięte i zaczęli napuszczać wody. Nie wiem, czy znasz śluzę Gruzinkę na mazurach. Różnica poziomów to zaledwie dwa-trzy metry, a proces napuszczania/spuszczania wody trwa 15-20 minut. Tam czterdzieści metrów nalali w niecałe pięć. Dodatkowo silniki wielkich statków handlowych robią niezłe zamieszanie nawet na biegu jałowym (w końcu muszą się czymś chłodzić). Suma sumarum rzucało nami na wszystkie strony, a oficerowie śluzy jak i załoga Wołgofłotu tylko patrzyła na nas z wielkimi uśmiechami. W końcu otworzyli śluzę, a my szczęśliwie opuściliśmy to miejsce tortur. Ruszyliśmy dalej. Na rzece Świr czekała nas jeszcze jedna śluza, ale o tym na razie wolałem nie myśleć. Był wieczór, skończyłem wachtę i chciałem położyć się spać. Rano wychodzę na pokład by jak co ranek podziwiać kapitana na jego codziennym porannym spacerku wzdłuż prawej burty. Przyroda piękna. Tylko co jakiś czas z lasu wyłaniał się cokół z gwiazdą rosyjską na szczycie. Powoli zbliżaliśmy się do drugiej śluzy i końca paliwa. Ale o tym w kolejnej części „za wódkę wszystko”.


Za wódkę wszystko

Nauczeni doświadczeniem poprzedniej śluzy, wszystkie cumy przygotowane były już na długo przed śluzą. Dopływając do śluzy pierwsza miła niespodzianka. Śluza czekała na nas z otwartymi wrotami. Ledwo wpłynęliśmy, zarzuciliśmy cumy, wrota się zamknęły i ekspresowo poszybowaliśmy w gorę.

śluza

Gdy otworzyli wrota wyjściowe, wypłynęliśmy z zamiarem zawinięcia do najbliższego portu celem nabycia paliwa. Jakież było nasze zaskoczenie, gdy zaraz za śluzą czekała na nas wioska z „portem” czyli zatopioną barką. Wioska w tym miejscu to aż nazbyt wygodnie. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, ale niedługo miałem zostać oświecony. Tubylec skierował nas do cumującego nieopodal pływającego dźwigu, mówiąc, że oni na pewno nam sprzedadzą trochę swojego paliwa. Tak też zrobiliśmy. Gdy ospale podszedł do nas jeden z członków załogi owego dźwiga, spytaliśmy się grzecznie…
- A paliwo można od was kupić?
- Jakie?
- Ropa, diesel.
- A można.
- A za ile?
- A dziesięć rubli za litr.
Tego już wytrzymać nie mogłem. Złoty dwadzieścia za litr paliwa? Niemożliwe. Śluzy za darmo, trolejbusy za grosze, wioski tam gdzie trzeba… Nie…. Coś tu nie gra.
- A ile tego paliwa chcecie? – ciągnął dalej.
- A ze dwieście litrów.
Gdy tylko usłyszał tą liczbę zawołał resztę załogi. Jak szaleni zaczęli rozkręcać wlew paliwa, podłączać rurki, machać pompą – aż ją zepsuli. Pompę naprawili w ciągu pięciu minut, co dało nam czas na spokojne odkręcenie kurka wlewu paliwa i zainstalowanie lejka z sitkiem. Podali nam w końcu wąż, tego wsadziliśmy do lejka i zaczęli pompować. Pierwsza pompka roztrysnęła się na wszystkie strony, przez co musieli pompować wolniej. Byli z tego powodu wyraźnie niezadowoleni bo po paru pompkach zaczęli marudzić…
- Ale po co wam to sitko? My mamy czyste paliwo. Mamy potrójny system filtrowania. Nawet Niemcy u nas kupują.

ale zmieńcie lejek na większy


Wtedy ja z Pawłem spoglądamy na dno sitka, a tam zgniłe liście, jakieś resztki robaków i inne świństwa. Pokazujemy to jemu, na co on szybko…
- To nie z baku, to z rur.
Po czym każe szybko koledze przynieść wiadro. Wyciągnął wąż i zaczął lać paliwo do wiadra by nam pokazać jakie ono czyste. Nalał, popatrzył do środka i po cichu kazał wlać z powrotem do baku. Nalał drugie wiadro, spojrzał do środka i z zadowoleniem pokazał nam. Na dnie ciągle było trochę piasku, ale to już nie zgniłe liście. Ostatecznie zgodziliśmy się na zamianę lejka z sitkiem na takie bez. Założyliśmy nowy lejek, Rosjanin powoli podnosi wąż z wiadra by nie uronić ani kropelki, po czym… CHLAST podaje mi wąż w taki sposób, że całe paliwo z niego wylało się na mnie. Rosjanin popatrzył tylko z uśmiechem
- No to spodnie już do wyrzucenia
Po czym zaczął dalej z zadowoleniem pompować. Pompowanie trochę trwało, więc mieliśmy trochę czasu, by dowiedzieć się trochę o tej mieścinie.
- A czemu ta wioska jest tak wygodnie koło śluzy?
- Zrobili śluzę, to kazali też postawić wioskę do obsługi śluzy.
- To wy wszyscy pracujecie na śluzie?
- Nie.
- To co robi reszta mieszkańców?
- Łowi ryby by mieć co jeść.
Wtedy sobie przypomniałem. Wszystkie wioski jakie mijaliśmy po drodze wyglądały jakoś tak sztucznie. Wszystkie domki podobne albo jednakowe. Ponadto były zawsze bardzo blisko jakiegoś porciku przeładunkowego lub innej konstrukcji wymagającej obsługi. Co więcej, zawsze pełno było maleńkich łódeczek z ludźmi z wędkami. Wszyscy łowili ryby.
- To czemu stąd nie wyjedziecie? – spytałem naiwnie.
- Kazali tu mieszkać, to mieszkamy.
Porcik był dość specyficzny. Keja z zatopionej barki, kapitanat z barki wyciągniętej na ląd. Wszędzie pełno złomu, którym nikt się nie interesuje, a w oddali wspomnienie niegdyś potężnej fabryki „czegoś”. Po zatankowaniu i zrobieniu zakupów ruszyliśmy dalej. Kolejne godziny na silniku. Michał nie wytrzymał. Gdy mijał nas kolejny holownik, wskoczył nagle pod pokład i wyskoczył z flaszką wódki i długą cumą. Wskoczył na najwyższy punkt kadłuba i zaczął wymachiwać wódką i cumą. Na efekt nie trzeba było długo czekać. Holownik momentalnie zawrócił i wziął nas na hol. Pociągnął nas aż na jezioro Onega. Kolejne małe morze ze słodką wodą. Wtedy też naszedł nas wspaniały pomysł, by w końcu trochę tej Rosji zobaczyć, bo na razie to tylko płyniemy i nigdzie nie cumujemy. Postanowiliśmy więc odwiedzić wyspę Kiżi i jej cudowną zabytkową drewnianą cerkiew.

Drewniana cerkiew na wyskie Kiżi

Dobiliśmy do wyspy, nie zdążyliśmy jeszcze nawet zejść na pomost, gdy przyskoczył do nas milicjant.
- Tu nie wolno cumować.
- Ale my turyści, chcieliśmy podziwiać wasze zabytki. Zostawić trochę pieniędzy.
- Tu nie wolno cumować. Możecie wysadzić ludzi i z powrotem na wodę.
- Nie, tak nie może być. Ale my tylko na chwilę. Pół godziny i nas nie ma.
- Tu nie wolno cumować. Tu nigdzie nie wolno cumować.
- Ale może jednak gdzieś można? – Tu, przyznaję – nie pamiętam kto, wyciągnął kolejną wódkę. Na to milicjant od razu zmienił ton.
- Dobra. Wiecie, ja tu jestem naczelnikiem. Tam trochę dalej, jest milicyjny pomost. Ja tam pójdę zaraz i powiem co i jak. Możecie tam zacumować. Tak też zrobiliśmy. Połowa z nas pozostała, by zwiedzić okolicę, połowa popłynęła zacumować jacht. Po godzinie role miały się zmienić. Niestety… Cerkwi pięknej nie zobaczyliśmy, gdyż cena wstępu dla obcokrajowców była po prostu zabójcza. Podczas gdy Rosjanie i Białorusini wchodzili za około dwa złote, reszta świata płacić musiała makabryczne siedemdziesiąt złotych. To widząc zawróciliśmy odpłynęliśmy w stronę wejścia do kanału bałtycko-białomorskiego.

Kanał bałtycko białomorski

Cel osiągnęliśmy o piątej rano. Ale co się działo dalej, to w następnej części – „Nie poradzisz nic bracie mój gdy na tronie siedzi chuj”.


Nie poradzisz nic bracie mój, gdy na tronie siedzi chuj

Łapiemy radio i wywołujemy kanał. Znowu cisza. Czy oni tutaj nie używają krótkofalówek? No nic. Po trudach i zmorach cumowania do pionowej ściany i wspinania się po zardzewiałych, trzymających się na resztce jednej śruby, wspomnieniach po drabince, do dyżurki pierwszej śluzy poszła delegacja. Po chwili wrócili zadowoleni, mówiąc, że o dziewiątej zawita do nas inspektor by sprawdzić stan techniczny jachtu i możemy płynąć. Zawitaliśmy więc do pobliskiej wioski i zacumowaliśmy do zatopionej barki służącej za pomost.

Pomost?!

Inspektor zawitał dość punktualnie. Obejrzał jacht, zachwycił się naszym sprzętem nawigacyjnym, po czym wyszedł kwitując… Ale radia u was niet. Zdziwieni popatrzyliśmy po sobie.
- Jak to nie mamy radia? Przecież wisi krótkofalówka najnowszej generacji.
- Ale to morskie radio. A u nas rzeczne radia. Inne niż reszta.
Polecieliśmy za inspektorem. Po chwili wracamy z pozwoleniem. Oglądamy je i nagle… Adnotacja na drugiej stronie „Tylko z pilotem”. Wracamy więc w te pędy do inspektora. Niestety. Nic nie dało się załatwić. Mamy mieć pilota i już. A gdzie go znajdziemy? To już nie jego problem. Poszukiwania zajęły nam cały dzień. Wieczorem odnaleźliśmy pilota, który zgodził się z nami płynąć. Przyjechał do nas koło dziewiętnastej, obejrzał jacht, zapisał czego nie mamy pojechał się pakować. Miał powrócić o dziewiątej rano. Wtedy też mieliśmy odpływać. Oj, jak naiwni byliśmy.
Rano o dziewiątej przyjechał pilot. Wszedł na pokład, zainstalował się na pokładzie, już mamy odpływać, gdy nagle…
- Acha… Przyjechał jakiś oficer FSB i chce z wami porozmawiać.
Wzięliśmy dokumenty jachtu, swoje i ruszyliśmy w stronę baraku służącego mu za biuro.
- A co Wy tu robicie? – powitał nas
- A chcieliśmy przepłynąć kanał bałtycko białomorski.
- A pokażcie mi dokumenty jachtu.
Przekazaliśmy mu całą teczkę dokumentów. Wszystkie twierdzące jak jeden mąż, że jesteśmy rosyjskim jachtem morskim.
- A ja słyszę, że wy nie Rosjanie. Pokażcie mi wasze paszporty.
Coś wisiało w powietrzu. Wszyscy to czuli, ale nie wiedzieli co.
- Acha. A ja was nie puszcze.
Zatkało nas. Nie wiedzieliśmy co powiedzieć więc wydukaliśmy tylko…
- Ale czemu?
- Bo jesteście rosyjskim jachtem rzecznym i nie macie pozwolenia.
Jako jacht rzeczny, musielibyśmy posiadać stosowne pozwolenia, ale jako jacht morski na szlaku morskim już nie. Problem jednak w tym, że byliśmy rosyjskim jachtem morskim, a nie rzecznym; co wyraźnie było napisane w dokumentach.
- Ale jesteśmy rosyjskim jachtem morskim a nie rzecznym.
- Nie, rosyjskim jachtem rzecznym
Kłótnia taka trwała parę minut. W końcu wyszliśmy trochę się uspokoić. Przygotowaliśmy kolejne argumenty i znowu wchodzimy.
- Ale jak to jesteśmy rosyjskim jachtem rzecznym, skoro w papierach jest napisane, że jesteśmy jachtem morskim?
- No tak. Jesteście jachtem morskim.
- Rosyjskim jachtem morskim!
- Tak, rosyjskim jachtem morskim.
- To znaczy, że możemy płynąć?
- Nie.
- Czemu? Przecież wszystkie papiery są w porządku.
Na to kuternoga – tak go zaczęliśmy zwać przez jego kuśtykanie – wyciągnął wielką księgę i przeczytał nam parę paragrafów, kwitując je jednym zdaniem.
- Rosyjski jacht – rosyjski kapitan.
W swej mądrości zapomniał jednak dodać, że paragrafy te tyczyły się jachtów rzecznych, a nie jednostek morskich. No cóż. Działał bardzo wybiórczo.
Nie mając więcej argumentów znowu opuściliśmy jego pokoik. Po chwili ruszyła kolejna delegacja. Rozmowa szybko zaczęła się zaostrzać.
- A skąd wy w ogóle wiecie o tym kanale? Przecież to tajemnica wojskowa.
- Ale przecież mamy nawet mapy.
- Jakie mapy? Pokażcie?
Pokazujemy mu więc potężne atlasy zakupione legalnie w sklepie w ST. Petersburgu. Kuternoga obejrzał ze zdziwieniem…
- Nawet ja takich dokładnych map nie mam.
- To możemy w końcu płynąć czy nie?
- Nie. Ja was w ogóle aresztuje!
To mówiąc złapał za telefon i zaczął coś mamrotać. Po chwili zwraca się do nas w te słowa:
- Jesteście aresztowani. Jutro rano przyjedzie po was autobus. Deportujemy was do polski a jacht konfiskujemy. Straży przy was nie postawimy, bo stąd i tak nie ma jak i gdzie uciekać.
Staliśmy nie wiedząc co się dzieje. Wyobrażam sobie jak to musiało dla niego wyglądać. Polacy na jachcie polskim, ale rosyjskim, z dokładnymi mapami kanału… No szpiedzy jak nic. Po wyjściu zaczęliśmy dzwonić po ambasadach, urzędach i znajomych, by ci nam jakoś pomogli. Polska ambasada zadziałała błyskawicznie. W ciągu godziny deportacja została wstrzymana, konfiskata jachtu anulowana. Pozostało zwalczyć kuternogę, który stał  nam na drodze do kanału. Wracamy więc do kuternogi. Rozmawiamy z nim, dyskutujemy… w pewnym momencie proponujemy nawet łapówkę. Niestety, tylko się rozłościł. Wrzasnął do nas „To jest republika Kareli, to nie jakiś tam Peter, tu się ludzie nie dają przekupić.”. potem zaczął bulgotać się i krzyczeć. W końcu wykrzyczał:
- A gdybym ja sobie tak do Polski przyjechał to co? Może mógłbym tak sobie wsiąść w jacht i po waszej odrze pływać?
- No oczywiście.
Na tą odpowiedź zrobił wielkie oczy i wyszeptał
- Niemożliwe.
To na szczęście go trochę uspokoiło. Po paru kolejnych wymianach zdań udało nam się wyciągnąć prawdziwy motyw tego zatrzymania.
- Wiecie… Ja nie lubię turystów. Trzy lata temu przez kanał przepłynęły trzy jachty. Dwa lata temu jeden. Rok temu ani jednego. W tym już trzy. I tak za dużo.
Na tym skończył rozmowę, a my wyszliśmy z biura. Tak minęły nam dwa dni aresztu. Siedzieliśmy na końcu nikąd, nie mając nic do roboty. Ani w tą ani w tą. Dzwonimy po urzędach, dowiadujemy się jak nasze sprawy stoją i ciągle otrzymujemy tą samą odpowiedź.
- Ja jestem za wami, ja wam chcę pomóc. Ale ja nic nie mogę zrobić. Tam ten urzędnik ma władzę. Ja nie mogę nic na niego poradzić.
Odpowiedź taką słyszeliśmy od jego zwierzchników, od ambasady, od Głównego inspektoratu Małych statków… od wszystkich. Mimo iż wszyscy się denerwowali, że taki nikt będzie im wchodził w kompetencje, nic nie mogli na niego poradzić. Trzeciego dnia udało się załatwić pozwolenie na odpłynięcie… z powrotem do ST. Petersburga. Kuternoga z wielką niechęcią wypisał dokumenty dodając… Jak wrócicie do ST. Petersburga, i wyjaśnicie parę dokumentów, to możecie wrócić a ja was może puszczę.
Powróciliśmy na naradę. Kończyły nam się wizy. Musieliśmy opuścić Rosję. Nie było już możliwości czekać dalej aż ktoś w końcu załatwi, że będziemy mogli płynąć dalej. Padła więc decyzja – wracamy do St. Petersburga. Idziemy do kuternogi odebrać dokumenty a ten wita nas z uśmiechem.
- Ale jeszcze nie możecie odpłynąć.
- Czemu?
- Bo musicie poczekać na specjalnego pilota którego wam sprowadzam.
Jego uśmiech i słowa „specjalny pilot” mówiły wszystko. Chce nam na pokład wrzucić szpiega. Musieliśmy czekać kolejny dzień. Szpieg przyjechać miał następnego dnia rano. Wracamy już na jacht gdy nagle dzwoni telefon. Dzwonił jeden z ludzi w St. Petersburgu którzy nam pomagali. „Możliwe że do jutra południa uda się coś załatwić” powiedział tylko i zakończył rozmowę. Uknuliśmy więc niecny plan zatrzymania jachtu ze szpiegiem na pokładzie do południa – sabotując silnik. Rano, gdy przyjechał szpieg, silnik zatyrkotał, pochodził chwilkę, po czym zgasł i już nie odpalił. Niestety, niczego w Petersburgu nie załatwiono. Zakręciliśmy więc jedną śrubkę w silniku, ten zaskoczył od razu. Rozpoczęła się podróż z powrotem do St. Petersburga pod okiem szpiega. Ale o tym w następnej części: „A ty taki i owaki”


A ty taki i owaki

Powrót do ST. Petersburga minęła szybko. Niestety. Podróż pod okiem szpiega nie należy do najprzyjemniejszych. W dodatku śmierdział jak najgorszy żul. W połowie drogi na szczęście wymienił się z innym, tym razem najprawdziwszym, pilotem. Ten doprowadził nas już do samego ST. Petersburga. Teraz pozostało tylko uzupełnić zapasy, postawić maszty i wyruszyć w drogę. Największy ubaw miał chyba kapitan portu; widząc jak wpływamy z powrotem z tak samo położonymi masztami jak wypłynęliśmy.  Stawianie masztów poszło bezproblemowo. Nauczeni doświadczeniami ich kładzenia, załoga została rozplanowana do kluczowych zajęć. Po ostatniej nocy w tawernie wyruszyliśmy w trasę powrotną. Odprawa paszportowa przeszła bezproblemowo, po czym ruszyliśmy w stronę Fortu Konstantin na odprawę celną. Do celu dotarliśmy późno w nocy. Na kilka mil przed Fortem Konstantin GPS zwariował (ruscy postawili stację zakłucającą, ale to tylko domysły), okolica nijak nieoświetlona a ruch wielki. Nagle ktoś wrzasnął „Ster lewo na burt”. Ledwo odbiliśmy w lewo minął nas wielki statek handlowy, który, chyba przypadkiem zapomniał włączyć świateł nawigacyjnych. Nie minęło pół godziny gdy z dziobu rozległ się kolejny wrzask „Cała wstecz!”. Ledwo zdążyliśmy się zatrzymać. Z wody wystawały na pół metra betonowe bloki. Zupełnie nieoświetlone, nieoznakowane. Klucząc pomiędzy blokami w całkowitych ciemnościach uzbrojeni jedynie w latarki, z duszą na ramieniu udało nam się w końcu dobić do odprawy celnej. Po chwili – i tu odprawa poszła bardzo szybko – płynęliśmy już dalej. Ledwo oddaliliśmy się od Fortu Konstantin, GPS odzyskał świadomość. Postawiliśmy w końcu żagle i ruszyliśmy w stronę małej wysepki Haapasaari.

mała wysepka

Jest to maleńka wysepka z paroma domkami, ale my mieliśmy już dość rosyjskiej dziczy i chcieliśmy powrócić jak najszybciej do cywilizowanego świata. Pogoda była nawet sprzyjająca, i pomimo iż czasami trochę pokapywało, płynęło się cudownie spokojnym półwiatrem. Wejście do portu wyglądało niezbyt przyjaźnie. Szerokie jedynie na dwie szerokości naszej łodzi, z obu stron uzbrojone w skały. Oznakowanie, na szczęście, było tak dokładne, że wpłynęliśmy bez problemu. Teraz tylko szybka odprawa paszportowa i możemy wyciągnąć nogi na wolnej, cywilizowanej ziemi. Po nocy spędzonej w najdalszym zakamarku cywilizacji wyruszyliśmy w drogę do Tallina. Nie obyło się niestety bez kolejnych przygód. Wiatr wyraźnie przybrał na sile i zmienił kierunek. Wiał teraz dokładnie wzdłuż tego nieprzyjemnego wejścia do portu. Wychodząc z portu, jedna z fal rzuciła nas na skały. Jacht na szczęście dzielnie to zniósł. Przechylił się tylko, po czym powrócił do właściwej pozycji i popłynął dalej. Płynęliśmy weseli. Po mimo niewykonanego planu i całkowitego niepowodzenia trasy, byliśmy weseli, że nareszcie wpłynęliśmy do świata, który można zrozumieć. Jakież było nasze zdziwienie, gdy w pewnym momencie z radia odezwał się Rosjanin wzywając nas do zgłoszenia się przez radio pod groźbą ostrzału. Chwilę później kapitan rozwiał nasze zdziwienie. Przepływaliśmy przez szeroki, bo aż pięcio-milowy pas rosyjskich wód terytorialnych. Następnego dnia Tallińscy celnicy powitali nas w porcie.

Tallin

Na tym zakończyła się przygoda rosyjska. Wrażeń i wspomnień mnóstwo. Szkoda tylko, że Scandinavia Around 2004 przemieniła się w Scandinavia Inside 2004.

Wstecz | Główna

MyStat.pl